• Wpisów:6
  • Średnio co: 170 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 15:43
  • Licznik odwiedzin:1 299 / 1193 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
fzune
 
ange.de.la.mort
 
Kontynuacja bloga będzie pod tym adresem. http://fzune.pinger.pl/
 

 
5
Zegary wybiły północ. Wąską uliczką szybkim krokiem szła zakapturzona postać. Śpieszyła się. Podeszła do starych drewnianych drzwi i wyjęła klucz z kieszeni. Drżącymi rekami włożyła go do zamka i przekręciła. Rozejrzała się po czym weszła do budynku. Podeszła do szafek kuchennych. Otworzyła pierwszą szufladę i wyjęła z niej paczkę zapałek. Podpaliła świece stojącą na szafce. Rozejrzała się po kuchni. Wzięła świece z podstawką i ruszyła w stronę drzwi. Otworzyła je i jej oczom ukazały się długie schody. Gdy po nich zeszła znalazła się w małym pokoju ,w którym cuchnęło. Co jakiś czas dało się usłyszeć stukot małych mysich łapek uderzających o podłogę. Na ścianie wisiała mała szafka z wyłamanymi drzwiczkami. Postać poszła w kierunku końca pokoju. Były tam kolejne schody ,tym razem o wiele krótsze. W tym pokoiku znajdowało się coś na podobe klatki. Siedziała w niej skulona dziewczyna. Na twarzy miała rozmazany makijaż i parę sińców i zadrapań. Ręce miała przykute do jednej z barierek klatki. Po policzku spływały jej łzy. Z jej podrażnionego gardła próbował wydostać się krzyk. Postać podeszła do klatki i uklęknęła.
-Witaj- powiedziała
Dziewczyna odpowiedziała jej przerażonym spojrzeniem.
- Nie musisz się obawiać , to co teraz się wydarzy nie będzie takie złe.
- Czego ode mnie chcesz?
- Twojego życia, a może śmierci. Mój Pan ucieszy się z takiego daru.
Postać wstała i skierowała się w stronę szafki. Wyjęła z niej duży nóż. Oczy dziewczyny były przerażone. Zakapturzona postać podeszła do klatki i otworzyła ją. Jednym ruchem ręki wyciągnęła z niej dziewczynę.
-Mój Panie składam Ci tą dziewczynę w ofierze. Każdy cios jest dla Ciebie mój miłościwy panie. Mój najdroższy panie!- wykrzyknął wbijając nóż w serce dziewczyny,po chwili zadał jeszcze parę ciosów. Martwa twarz dziewczyny zastygła w bólu. Jej oczy były puste, bez życia- Ofiaruje ci to ciało mój najdroższy panie!!Przyjdź do mnie! Powiedz mi co mam zrobić ,a to zrobię!
***
Zegar wskazywał 2 w nocy kiedy czarny samochód podjechał do parku. Osoba ,która z niego wyszła wyjęła z bagażnika czarny worek. Wyglądał na ciężki ,ale tej postaci nie sprawiał problemu. Bez trudu przeniosła go pod wielkie drzewo. Wysypała jego zawartość jak śmieci. Popatrzyła chwile na to i odeszła w ciemność.
 

 
4
(James)
Około godziny 12 obudziło go wpadające przez okno słońce. Otworzył oczy.
-Matt..-po policzku spłynęła mu pojedyncza łza- tęsknie stary. Obiecuje ci ,że znajdę tego co ci to zrobił.
Wstał z kanapy i poszedł w kierunku łazienki. Podszedł do zlewu. Oblał swoją twarz zimną wodą. Spojrzał w lustro.
Wyglądał dobrze. Nie było widać godzin spędzonych na piciu lub ćpaniu. Dużo dziewczyn uważało go za przystojnego. Miał na sobie pełno tatuaży Był dość dobrze zbudowany. Miał lekkie mięśnie brzucha. Ciemne brązowe włosy i oczy tego samego koloru.
Otworzył szafkę z lustrem. Wyjął z niej pudełko z lekami. Wysypał parę na dłoń i połknął. To tylko na pobudzenie. Szybko wziął prysznic. Założył na siebie stare, trochę poszarpane dżinsy i koszule.
Spojrzał na zegarek było parę minut po 13. Poszedł do kuchni i zaparzył sobie mocną kawę. Usiadł przy stoliku i powoli ją pił.
-Musze ją znaleźć. Tą dziewczynę. Ona mi pomoże-Pił kolejne łyki kawy rozmyślając o swoim przyjacielu- pójdę dziś do tego klubu.
***
Poszedł do łazienki. Stanął przed lustrem i znowu opłukał twarz. Użył trochę wody kolońskiej. Poszedł na korytarz i założył buty. Szybo wziął telefon i wyszedł. Założył słuchawki i włączył muzykę. Szedł do tego klubu. Nim się obejrzał był już przed nim. Stanął przed drzwiami.Pierwszy raz wejdzie tu i nie zastanie Matta. popatrzył na drzwi. Szybko wszedł do środka. Było tu strasznie głośno. Przecisnął się do baru i usiadł na wysokim krześle.
-Hej James, przykro mi z powodu Matta. Był świetnym chłopakiem.
-Dziękuje.
Barman podał mu szklankę wypełnioną whiskey.
-Proszę to na koszt firmy.
-Dzięki.
James upił duży łyk ze swojej szklanki i zaczął rozglądać się po barze.
To głupie nie znajdziesz jej.
Wziął kolejnego łyka. Spojrzał przed siebie i poczuł ciepło które nie było spowodowane alkoholem. Zobaczył dziewczynę. Była piękna. Jej oczy błyszczały jak gwiazdy, długie ciemne włosy podkreślały jej jasną karnacje. Usta miała pomalowane czerwoną szminką, użyła maskary. Była ubrana w czarną sukienkę do kolana. Na szyi miała złoty łańcuszek z medalionem w kształcie serca. Jedna rzecz mu przeszkadzała. Jej oczy były przepełnione smutkiem. Wziął szklankę w rękę i podszedł do niej.
-Można?- zapytał wskazując krzesło obok niej.
-Tak- powiedziała lekko się uśmiechając.
-Jestem James, a ty?
-Spencer.
-Wszystko dobrze Spencer? Wyglądasz na smutną.
-Nie, nie jest dobrze- jej oczy zrobiły się lekko czerwone jakby miała zacząć płakać.
-Co się stało?-zapytał marszcząc brwi.
- Mój przyjaciel- zrobiła przerwę, widać ,że było ciężko jej to powiedzieć- mój przyjaciel umarł. A jak z tobą? Też nie wyglądasz na szczęśliwego.
Chłopak był bardzo zdziwiony. A co jeśli to ona? A co jeśli to o niej mówił Matt?
-Wiesz mój przyjaciel też umarł. Nazywał się Matt, był tutaj barmanem. Znaliśmy się od dzieciństwa.
-Chyba to ten sam przyjaciel- powiedziała po czym go przytuliła. Oboje tego potrzebowali. Odsunęła się od niego- To okropne. Jak ktoś mógł mu to zrobić. Przez cały czas mam nadzieje ,że to nie prawda. Myślę że za chwile wyjdzie za lady i będzie ze mną rozmawiał.
- Wiem, przez cały czas zastanawiam się czy to nie sen. Albo raczej koszmar.- przywołał ręką kelnera- poproszę jeszcze dwie szklanki tego.
Kelner nalał złocistego płynu do szklanek i podał go im. Upili solidny łyk ze swoich szklanek.
-Skąd go znałaś?
-Poznaliśmy się tutaj. Pewnego dnia podszedł do mnie i zapytał o moje imię. Potem długo gadaliśmy. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.
James nie mógł oderwać od niej wzroku. A co jeżeli to ona. Ja chyba się w niej zakochuje. Moje serce bije tak szybko. nie mogę jeżeli to była ona. Nie mogę zdradzić Matta.
 

 
3.
(James)
Najpierw usłyszał stukanie do drzwi ,a potem krzyk:
-Policja!
o Boże czy ich pojebało? Głowa mi zaraz eksploduje.
Najpierw prawa potem lewa i jakoś wstał. Poszedł do drzwi i uchylił je.
-James Crod?
-Wystarczyło powiedzieć ,ze mam przestawić samochód. Po co wzywać policje. Już przestawiam.
-Nie jesteśmy tu w sprawie samochodu. Chodzi o morderstwo.
-Co? Czyje?
-Porozmawiamy o tym na posterunku. Ubierz się proszę.
-D-dobrze.
Boże o co chodzi? Czy ja dalej śnie?
James poszedł do łazienki i szybko narzucił na siebie koszulkę i jakieś spodnie. Szybko wrócił do policjanta. Ten tylko na niego spojrzał i wyszedł. Chłopak zrobił to samo.
***
Policjant wprowadził go do małej salki. Na środku stał stolik i krzesła. Na jednej ścianie wisiało lustro. Dzięki niemu ktoś inny mógł ich obserwować po drugiej stronie. Policjant wskazał mu ręką na jedna krzesło.
-Proszę usiądź.
chłopak usiadł.
-Nazywam się Thomas Jons, prowadzę sprawę morderstwa- spojrzał w dokumenty- Matta Simonsa.
-Co?!Matt nie żyje? To musi być jakiś pierdolony sen. Chce się obudzić. Nie! -w jego oczach pojawiły się łzy. Miał tylko Matta.
-James rozumie twoją złość, ale proszę żebyś nie używał takich słów. To co teraz usłyszysz może być dla ciebie trudne, ale mam nadzieje ,że nam pomożesz. Dobrze?
-Tak, postaram się. Co się stało?
Znaleźliśmy go w parku. Zadano mu 12 ran w plecy. Przykro mi- zrobił pauzę- To ,że ktoś dźgnął go w plecy może znaczyć ,że kłócił się z kimś i chciał odejść. Masz jakieś podejrzenia? Miał jakiś wrogów?
-Boże. Matt nie mówił mi ,że ma kłopoty. Na pewno by mi powiedział. Ostatnio dobrze mu szło. Był czysty już 3 miesiące. Znalazł prace. Robił to wszystko dla dziewczyny. Chciał jej zaimponować. Tak bardzo się starał- uśmiechnął się lekko na to wspomnienie- on się tak bardzo starał ,a teraz nie ż-żyje. Nie żyje.
-Możesz mi podać nazwę miejsca gdzie pracował?
- To jest taki klub. Nazywa się Clord. Jego pierwszy właściciel miał tak na nazwisko.
-Wiesz jak nazywa się ta dziewczyna?
- Nie mam pojęcia.
-Dobrze, dziękuje ci. Jesteś już wolny.
-Dobrze- powiedział wstając z krzesła- do widzenia.
Szybko wyszedł. Zaczął biec. W krótce pojawił się w pobliskim parku. Z niego można było szybko odstać się do lasu. Wbiegł pomiędzy drzewa.
-Nie!! Nie! To nie prawda!- uderzył pięścią w drzewo- Matt stary, czemu.- usiadł oparty o drzewo. Łzy spływały mu po policzkach.- Matt. Jestem sam. To mnie zniszczy. Czemu? Czemu?!
Chłopak wstał z ziemi. Zaczął iść w stronę domu.
***
Usiadł na kanapie. Tyle rozmów na niej przeprowadzili. Chwycił butelkę z whisky i pociągnął dużego łyka. Matt w co ty się wplątałeś? Kolejny łyk prowadził do kolejnego. Wspomnienie rozlały się w nicość. W głowie mu się kręciło. Odłożył butelkę na ziemie, wylał trochę jej zawartości na podłogę. Położył się. Poczuł pustkę. Od teraz jestem sam. Całkiem sam. Jego myśli zaczęły odpływać do krainy marzeń. Tam będzie Matt. Pogadają jak wcześniej. A potem znowu obudzi się w żywym koszmarze. I tak będzie już do końca.
-Matt..
 

 
2
(Thomas)
Praca pana Jonsa nie należała do najprzyjemniejszych ,ale czego ludzie nie zrobią dla rodziny. Dzięki temu mają pieniądze na wszystko. Zarabiał na prawdę dobrze. Wracając do tematu nie jest to przyjemna praca ,a szczególnie ten moment. Rozmowa z rodziną. Trzeba być twardym. Nie myśleć co ty byś czuł gdyby to była twoja córka, lub żona.
Wziął akta sprawy i wszedł do pomieszczenia.
-Dzień dobry, nazywam się Thomas Jons.
Gdy spojrzał na twarze tych ludzi poczuł w sercu coś dziwnego. Ukłucie niepokoju, strach. Tak, zaczął się bać. Tu chodzi o ich twarze, były bez wyrazu. Nie okazywały żadnego smutku. Nie wyglądali na załamanych. Przecież ich dziecko umarło! Czemu są uśmiechnięci?
-Bardzo mi przykro z powodu waszego syna. Wiem ,że będzie to dla państwa trudna rozmowa, ale mam nadzieje ,że będą państwo współpracować.
Popatrzył po ich twarzach. Nic, nadal nic. Odsunął krzesło i usiadł.
-Czy wiecie państwo co wasz syn robił w parku o godzinie 23.45?
-Luke chodził na dyskoteki. Pewnie wracał przez park. Tyle razy mówiłam mu ,żeby tam nie chodził. On mnie nigdy nie słuchał.
- Wiecie jak nazywał się klub w którym wczoraj był?
Para popatrzyła po sobie. Obydwoje pokręcili głowami.
-A może był tam z jakimś znajomym?
-Nie jestem pewna ,ale mógł to być James. James Crod. Przeważnie chodzili tam razem.
-Czy wasz syn był dręczony? Mówił kiedyś o jakiś aktach agresji w jego kierunku?
-Nie, nasz syn był lubiany. Wie pan jak to jest. Był w drużynie koszykarskiej,nominowali go na króla balu.
-'Tak wiem jak to działa, mam córkę. Takie osoby zawsze mają jakieś problemy. To może być ktoś często poniżany. Wasz syn mógł być agresorem. To wszystko możecie państwo wyjść.
Para wstała i skierowała się do drzwi.
-Proszę zadzwonić, może uda nam się jeszcze pomóc w sprawie.
-Dobrze.
Ci ludzie byli dość dziwni. Zawsze na takich przesłuchaniach jest pełno płaczu. A tu nic. Pustka. Niepokój rósł wraz z każdym spojrzeniem na nich. Pan Jons wyszedł z małego pomieszczenia i skierował się do swojego biura. Podszedł do białej tablicy.Zapisywał na niej wszystkie dane pomocne w sprawie. Tym razem była ona prawie pusta. Nie mieli praktycznie niczego. Przez deszcz nie znaleźli żadnych dowodów wskazujących na to kim jest zabójca. Użył lub użyła noża więc nie było rozbryzgu krwi. Mogli za to stwierdzić jakiego wzrostu jest zabójca. Podszedł do tablicy i wziął marker. Litery które napisał ułożyły się w dwa wyrazy. James Crod. To nasz jedyny trop. Na razie.
 

 
Prolog
Był deszczowy wieczór, co jakiś czas można było słyszeć grzmoty. W parku siedziała dziewczyna. Była pobrudzona błotem. Jej sukienka całkiem przemokła. Ręce miałą pobrudzone jakąś ciemną substancja. Smugi deszczu spływające po jej twarzy zabierały ze sobą część jej makijażu. Zdawała się tego nie zauważać. Po prostu płakała. Pewnie nawet nie zauważyła gdy podeszla druga postać.
-Chodż. Musimy iść.
I zabrała ją ze sobą w ciemność.
1
(Spencer)
Martown to małe miasteczko. Każdy wie wszystko. Tu nic się nie ukryje. Chociaż czasem komuś to się udaje...

Spencer Jest długonogą brunetką z niebieskimi oczami. Jest bardzo chuda. Ma bardzo długie ,kręcone włosy. Chodzi do 3 klasy liceum. Jej tata jest policjantem ,a matka dziennikarką. Mieszkają w dużym domku jednorodzinnym. W lato jest tu pięknie. W okolicy był park ze stawem. Często przy brzegu bawiły się dzieci.
Spencer wstała około 10. Były wakacje więc spała dość długo. Poszła do łazienki. Umyła twarz i zęby poczym wróciła do pokoju. Weszła do swojej małej garderoby. Zciągneła z wieszaka czarną sukienke ,a z półki czarne baleriny. Poszła do łazienki i ubrała się. Włosy upieła w wysokiego kucyka. Niemalowała się. Zeszła na dół. Przy stole siedział jej tata popijając kawe. Usiadła obok.
-Hej tato. Jakaś sprawa?
-Znaleźliśmy tupa w parku obok. Chłopak był chyba w twoim wieku.
-Tutaj?- zapytała zdziwiona
-Tak. Ktoś zadał mu ok 12 ciosów nożem w plecy.
-Thomas! Niemów jej takich rzeczy!
-Oh, Margaret ona nie jest dzieckiem.
-Właśnie mamo. Nie jestem dzieckiem.
-Prosze twoje naleśniki.
-Dziękuje. Moge iść na spacer z Ann?
-Dobrze tylko nie wróćcie za późno i nie idź przez ten park.
-Dobrze mamo.
-No nic ja musze się zbierać. Musimy zadzwonić do rodziców tego chłopca.
-Pa tato.
Pan Jons podszedł do swojej żony i pocałował ją.
-Wróce na kolacje.
-Pa kochanie.
-Spencer ide na zakupy chcesz coś?
-Chyba nie.
-Pa, tylko nie wracaj za późno.
-Dobrze mamo.
Wychodząc zostawiła jej pieniądze. Spencer skończyła posiłek i schowała talerz do zmywarki. Poszła do garderoby. Usiadła przed toaletką. Wzieła torbe z pod fotela i wyjeła z niej mały zabłocony pakunek. Podniosła deske w podłodze i odłożyła go tam. Rozejrzała się i odłożyła deske z powrotem. Wstała i otworzyła szuflade w toaletce. Wyjeła z niej okulay przeciwsłoneczne. Jeszcze raz rozejrzała się po pokoju i wyszła.
Szła w strone domu Ann. Mają się spotkać w połowie drogi. Dzisiaj było bardzo gorąco więc wstąpiła do sklepu po picie. Wychodząc z niego spotkała Ann. Odrazu się przytuliły. Nic nie mówiły. Zaczeły iść, żadna nie powiedziała gdzie idą ,ale obydwie doskonale to wiedziały. W koncu doszły w owe miejsce. Był to mały lasek. Usiadły w miejscu, w którym przewaliło się pare drzew. Z daleka nikt ich nie widział, co dawało im poczucie bezpieczeństwa. Spencer spojrzała na przyjaciółke i rozpłakała się. Po chwili Ann dołączyła do niej. W tym płaczu bylo coś innego. Troche jakby były przerażone. Trwało to długi czas. W końcu spojrzały się na siebie.
-Spencer wszystko będzie dobrze.
-Wiem Ann.
Spencer wytarła policzek ,a Ann sięgneła po torbe. Wyjeła z niej paczke cukierków. Wyciągneła ją w strone koleżanki.
-Dzięki.
-Świetna ta sukienka.
-Dzięki świetne buty.
-Słyszałaś ,że wywalili Kelly?
-Naprawde? Kto by pomyślał. Za co?
-Podobno wynosiła rzeczy ze sklepu. Jej szef przyłapał ją jak pakowała do swojej torebki buty. Niezauważyłby gdyby nie ta wielka metka.
-Współczuje jej troche. Teraz jej rodzice niebędą dawać jej żyć. Pewnie sprubują zatuszować sprawe.
-Nie sądze ,że to się im uda. Nie w tym mieście.
-No w sumie.
- Idziemy do galeri? Kupiłabym nowy notes.
- No dobra. Kiedy zapisałaś ten?
-Miałam ostatnio dużo myśli ,musiałam je gdzieś przelać.
-Jeśli będziesz mnie potrzebować to po prostu dzwoń, okay?
-Okay.